JP 100%: Nie ma odwrotu - rozdział 3

Gdy obie strony straciły już po jednym oddziale, zaczęły ostrożniej wydawać rozkazy. Popchaliśmy nieśmiało część piechoty, a potem wycofaliśmy dowództwo nieco w bok, aby nie być wystawionym na ostrzał. Łucznicy trochę się przestawili, po czym doszło do starcia dwóch oddziałów piechoty. Nie zostało po nich śladu dzięki pomocy białych łuczników, inaczej stracilibyśmy ludzi bez rekompensaty. Czarni nie parli do ataku. Ich łucznicy zaczęli mi jednak działać na nerwy. Strzelali ciężkimi strzałami do czołgów, dlatego te musiały się odsunąć, by być poza zasięgiem wroga. Lekkie oddziały wbrew pozorom potrafiły sprzeciwić się ciężkim, choć potrzebowały na to czasu. Dlatego właśnie trzeba uważać podczas manewrów myśliwcami i czołgami. Przeszła przeze mnie straszliwa myśl. Przeciwnik był lepszy. Mimo początkowo wolnego wyprowadzania swoich oddziałów, robił to dokładnie, zajmując lepsze miejsca na polu walki. Po naszej stronie robiło się coraz bardziej nieprzyjemnie. Miałem nadzieję, że to minie. Wtedy jednak zauważyłam, że równowaga liczebna jest zagrożona. Ogarnięty paniką, rozkazałem zaatakować strzałami piechotę otaczającą dowódcę. To mogło zaniepokoić przeciwnika i pogrążyć go w niepewności. Chciałem, żeby zaczęli się wycofywać. Jednak oni całkowicie zignorowali utratę całego oddziału piechoty, pozbywając mnie połowy Zakonników. Rozgrzani strzelaniem do koni łucznicy zagrażali myśliwcom! Skazałbym się na porażkę, nie pozbywając się ich. Wtedy też piechota bez przeszkód pokonała resztą moich łuczników.
*     *     *
Zdesperowany, rozkazałem centralnej piechocie z oddziału E iść naprzód. Oczywiście dla nich mogło się to skoczyć śmiercią, a ja nadal traktowałem swoje oddziały jak szachowe bierki. Ku mojemu zdziwieniu nie doszło do kolejnego rozlewu krwi. Konie wroga poszły do przodu, po raz kolejny czyhając na białe myśliwce. Mimo groźby utraty kolejnego tysiąca piechoty Czarny kazał koniom iść do przodu. Nad przeciwnikiem wisiały chmury dzikiego niebezpieczeństwa - moje myśliwce zbliżyły się do dowództwa. Nie mogły jednak atakować bez osłony, dlatego nadchodzili Zakonnicy.
*     *     *
Oczywiście wróg nie stał w miejscu. Oba moje oddziały czołgów musiały uważać na czarne konie. Do tego łucznicy osłaniali dowódcę, co uniemożliwiało mi wykonanie kończącego ataku. Ale nie poddawaliśmy się. Czołgi nękały ostatnich łuczników, których strata mogła być równoznaczna z przegraniem przez Czarnych bitwy, ponieważ bronili oni dowództwa. Dlatego rozpocząłem kończący atak. Zacząłem wydawać rozkazy piechocie, aby szli do przodu. Utracony oddział czołgów zszedł na dalszy plan - prawdopodobnie w innej sytuacji mocno bym się tym przejął. Idąca biała piechota coraz bardziej zatrważała przeciwnika. Po raz pierwszy uruchomił myśliwce. Widać, że nastawił się na obronę - na razie nieźle mu to wychodziło. W głowie słyszałem głosy - raz przypominały o piechocie, czasami były to okrzyki zwycięstwa. "To tylko czysta formalność" - myślałem. Wiadomość o przewadze rozniosła się po oddziałach jak grypa żołądkowa. Entuzjazm zwiększał się z sekundy na sekundę. Krzyczeli: "Dalej! Postawimy wam piwo, jak ich rozgromicie!" Piechota ograniczała łuczników i niedługo nie mieliby gdzie uciekać. Za kilka chwil mogło być już po nich!