JP 100%: Nie ma odwrotu - rozdział 2

Wrogowie przemieszczali się lasem, dlatego nie potrafiliśmy określić ich liczby.
Poruszali się dość cicho, a to oznaczało, że słabo się wyposażyli jak na bitwę z nami. Niestety od najbliższych sektorów naszego obozowiska dzieliło ich pół kilometra. Musieliśmy być gotowi za kilka minut! Wydałem szybką serię rozkazów i moi podwładni rozbiegli się, żeby przekazać je dalej.
*     *     *
Sytuacja okazała się tragiczna. Jedni bez entuzjazmu mówili, że przewidywali takie zakończenie - inni zakładali się z kumplami, czy to są tylko ćwiczenia. Nawrzeszczałem na gońców. Byłem wściekły. Kazałem nadać przez radiowęzeł, że to nie są ćwiczenia. Powtórzyć kilka razy. Roztrzęsiony, sam złapałem za mikrofon. "I pamiętajcie, pod żadnym pozorem się nie wycofywać. Nieważne, kto by miał zginąć. Nie jesteśmy tchórzami!" - krzyczałem, by zagrzać ich do walki. Mieliśmy duże szczęście. Wrogowie napotkali na jakieś przeciwności i się zatrzymali. Otrzymaliśmy drugą szansę.
Wszyscy stawili się na rozległej polanie. Nawet w czołgach i myśliwcach siedzieli gotowi ludzie. Dzięki dodatkowym minutom odetchnąłem z ulgą, widząc całą armię przed sobą. Myśl o zbliżającej się bitwie napełniła serca piechoty chęcią walki. Z daleka można już było zauważyć niewyraźne sylwetki wrogiej piechoty.
*     *     *
Kroczyli bardzo zwartym, wyćwiczonym szykiem, ubrani w czarne narzuty i z niewiele jaśniejszym obuwiem ledwie za kostki. Prawdopodobnie przewidywali podczas wojny tylko piękną pogodą - tym razem mieli rację. Jednak za miesiąc mógł już spaść śnieg. Czyżby zamierzali tak szybko wygrać wojnę? Z pewnością nikt z nas nie próbowałby im tego ułatwiać. Ale wtedy nie byłem jeszcze świadkiem prawdziwie zaciętej bitwy, w której niepewność góruje nad innymi uczuciami. Z tą konkurować mógłby najwyżej strach.
Ukazało się przed nami 8 oddziałów piechoty. Oczy moich żołnierzy błyszczały, patrząc na wroga z politowaniem. Ogarnęło mnie zdziwienie, po czym wartownicy poinformowali o szybko zbliżających się posiłkach. Ich armia była taka sama jak nasza. W takich momentach wygrywa ten z mądrzejszą taktyką, lepiej wyszkolonymi żołnierzami. Trzeba było dać z siebie wszystko. Miałem świadomość, że świetny ze mnie strateg. W młodości z pasją grałem w szachy - ale tam nie tryskała krew. Będąc Królem na swojej szachownicy, mogłem kierować swoimi oddziałami i oddawać ich życie, jakby nie miało znaczenia. Czasami traktowałem tych ludzi jak zwykłe pionki. To obrzydliwe. Wiem, że nic mnie nie usprawiedliwia.
*     *     *
Stanęliśmy - na oko - 200 metrów od siebie. Postanowiłem rozwiać swoje wątpliwości. Wydałem sygnał, aby zacząć atak. Zrobić pierwszy ruch. Do przodu wysunął się jeden z naszych centralnych oddziałów. Wróg nie czekał - widocznie chciał konfrontacji obu sił. Ale chłopcy chyba się dogadali. Rozumiałem ich, szkoda stracić życie w wieku nastolatka. A gdyby spróbowali użyć broni, zginęliby - ludzie w takich momentach nie mają litości. Zresztą nie tylko ludzie. To taki instynkt. Wysłałem do przodu oddziały konno. Otrzymali oni u nas potocznie nazwę "Zakonnicy". Wyglądali identycznie jak duchowni w jasnych narzutach, do tego wielu ludzi lubi gry słowne. Podobne nakrycia mieli także łucznicy. Inni nosili swoje ubrania, często o kolorze zbliżonym do białego. Nie byliśmy zbyt bogatym państwem. Przeciwnik również wyprowadził koniki. I potem, podobnie do nas, łuczników. Jeszcze nikt się nie bił. Wszyscy stali, czekając na rozkaz. Niektóre oddziały zmieniały swoje miejsca.
*     *     *
Nagle przeszła przeze mnie fala niezadowolenia, wstrętu do bezczynności. Wstąpiła we mnie żądza krwi. Nie mogłem doczekać się tego momentu, gdy usłyszę krzyki litości i w końcu pokażę tym wszystkim ludziom, że potrafię prowadzić do zwycięstwa niczym Napoleon. Po chwili z uśmiechem wpatrywałem się w upadające od strzał konie. Łucznicy jednak za bardzo skupili się na koniach i sami zostali przechytrzeni przez piechotę. Tak mi się podobał ten kontrast między Białymi a Czarnymi wojownikami. Przez chwilę cieszyłem się jak dziecko. Dobrze, że nie miałem nożyczek, bo powstrzymało mnie to od zrobienia korony z przeciętnej, białej kartki