Ocknąłem się
na podłodze. Prawdopodobnie był już ranek – z okna nieśmiało dochodziło
światło. Zrobiło mi się bardzo zimno, jakby pokrył mnie śnieg niesiony mroźnym
wiatrem.
Z trudem wstałem i położyłem się na łóżku, chcąc przykryć się kołdrą.
Gwałtownie poczułem silny, przeszywający ból. Wydawało mi się, że stalowe kolce
wyrastają spod prześcieradła i nabijają mnie na siebie, niczym kły świeżą
zdobycz. Cierpienie sparaliżowało moje ciało do tego stopnia, że przez kilka
pierwszych sekund nie mogłem nawet otworzyć oczu. Potem wydałem z siebie krzyk
bezradności wobec obejmującej mnie Klątwy. Miałem już dosyć udręki.
Wycieńczony, stoczyłem się na podłogę. Spojrzałem na łóżko, a tam wszystko
pozostało w nienaruszonym stanie. Po raz kolejny zadałem sobie pytanie: „Co się
dzieje?” Niestety zabrakło mi sił, żeby jeszcze raz się podnieść. Z rozpaczy
usiłowałem zedrzeć z siebie koc, który nie dawał wygrać. Zacząłem pełzać w
stronę grzejnika. Podpierając się o niego, postawiłem ducha na nogi. Czułem się
fatalnie w jego ciele. Postanowiłem poprawić sobie humor wycieczką do centrum
miasta, nad Sekwanę.
*
* *
Spacer zajął
mi trochę czasu – droga z dzielnicy Vaugirard do centrum jest dość daleka.
Nadal nie dawały mi spokoju myśli o Elisie i Alice. Jednocześnie miałem wyrzuty
sumienia z powodu Sorrana. Po długim rozmyślaniu uświadomiłem sobie, że
odebranie przyjaciół było głupim wymysłem Davida. Nie nakłoniłby mnie do
morderstwa bez pretekstu. Jednak to moja wina, mogłem nie ulec jego namowom.
*
* *
Im bliżej
byłem celu, tym bardziej bolały mnie stopy. Miałem wrażenie, jakby stąpały po
rozżarzonym węglu. Przestałem widzieć barwy. Krew leciała ciurkiem z wielu ran,
a zaschnięta – pokrywała koc od wewnątrz. Zostawiałem po sobie ciemniejsze
ślady, jednak nikt tego nie zauważył. Ludzie prowadzili zwykłe życie, nie
interesując się ani trochę moim losem. Miałem wrażenie, że zapomnieli, nie
szukali, świetnie dawali sobie radę. Nieustające przygnębienie doprowadzało
mnie do depresji. Powoli traciłem siły, ale także jakiekolwiek chęci do
dalszego życia. Ciągle zastanawiałem się nad sposobem ukończenia tej męki.
Oczywiście nakłonienie Elisy do morderstwa nie wchodziło w grę.
*
* *
Snułem się powoli po ulicach
romantycznego miasta, jednak czułem się coraz gorzej. Po zmroku jedynym źródłem
światła były lampki pobliskich lokali. Przechodziłem akurat obok mojego
ulubionego baru, gdzie zawsze spotykałem się z przyjaciółmi. Ledwie usłyszałem
charakterystyczny dźwięk otwierających się drzwi knajpy. Odwróciłem się i
ujrzałem Elisę, Anastasię, Colina i Vanniego – paczkę, do której należałem. Tak
dobrze znałem te beztroskie uśmiechy. Nie do opisania były wewnętrzne tortury,
które przeżywałby każdy, widząc bliskie osoby świetnie bawiące się bez niego. Z
oczu poleciały mi krwawe łzy i poczułem silne ukłucie w sercu, jakby ktoś z
całej siły przebił je ostrzem noża. Zacząłem biec, ile sił w nogach. Potknąłem
się kilka razy, póki nie znalazłem się na moście nad Sekwaną. Stanąłem na jego
krawędzi, z radością patrząc w płynącą wodę. Rozluźniłem mięśnie, spadałem do
niej z niewiarygodną szybkością.
*
* *
Otworzyłem
oczy. Nie miałem ani ran, ani koca. Czułem ciepły dotyk dłoni, a po chwili
ujrzałem śpiącą ze zmęczenia Elisę. Pielęgniarka spytała, czy nie jest mi
zimno, na szczęście szpitalna pościel znakomicie spełniała swoje zadanie. Do
pomieszczenia wszedł David. Jego spojrzenie mówiło samo za siebie, dlatego
uśmiechnąłem się na znak, że wszystko ze mną w porządku. Oboje wiedzieliśmy, o
co chodzi. Kilka minut później obudziła się Elisa i zatroskana, przyniosła mi
coś do jedzenia. Potem opowiedziała, że znaleźli mnie nieprzytomnego na dnie
jeziora w piątek wieczorem. Usiadłem na łóżku i uspokoiłem ją, delikatnie
przytulając. Zrozumiałem, że kara została odbyta.