JP 100%: Duch - rozdział 4

Ocknąłem się na podłodze. Prawdopodobnie był już ranek – z okna nieśmiało dochodziło światło. Zrobiło mi się bardzo zimno, jakby pokrył mnie śnieg niesiony mroźnym wiatrem.
Z trudem wstałem i położyłem się na łóżku, chcąc przykryć się kołdrą. Gwałtownie poczułem silny, przeszywający ból. Wydawało mi się, że stalowe kolce wyrastają spod prześcieradła i nabijają mnie na siebie, niczym kły świeżą zdobycz. Cierpienie sparaliżowało moje ciało do tego stopnia, że przez kilka pierwszych sekund nie mogłem nawet otworzyć oczu. Potem wydałem z siebie krzyk bezradności wobec obejmującej mnie Klątwy. Miałem już dosyć udręki. Wycieńczony, stoczyłem się na podłogę. Spojrzałem na łóżko, a tam wszystko pozostało w nienaruszonym stanie. Po raz kolejny zadałem sobie pytanie: „Co się dzieje?” Niestety zabrakło mi sił, żeby jeszcze raz się podnieść. Z rozpaczy usiłowałem zedrzeć z siebie koc, który nie dawał wygrać. Zacząłem pełzać w stronę grzejnika. Podpierając się o niego, postawiłem ducha na nogi. Czułem się fatalnie w jego ciele. Postanowiłem poprawić sobie humor wycieczką do centrum miasta, nad Sekwanę.
*     *     *
Spacer zajął mi trochę czasu – droga z dzielnicy Vaugirard do centrum jest dość daleka. Nadal nie dawały mi spokoju myśli o Elisie i Alice. Jednocześnie miałem wyrzuty sumienia z powodu Sorrana. Po długim rozmyślaniu uświadomiłem sobie, że odebranie przyjaciół było głupim wymysłem Davida. Nie nakłoniłby mnie do morderstwa bez pretekstu. Jednak to moja wina, mogłem nie ulec jego namowom.
*     *     *
Im bliżej byłem celu, tym bardziej bolały mnie stopy. Miałem wrażenie, jakby stąpały po rozżarzonym węglu. Przestałem widzieć barwy. Krew leciała ciurkiem z wielu ran, a zaschnięta – pokrywała koc od wewnątrz. Zostawiałem po sobie ciemniejsze ślady, jednak nikt tego nie zauważył. Ludzie prowadzili zwykłe życie, nie interesując się ani trochę moim losem. Miałem wrażenie, że zapomnieli, nie szukali, świetnie dawali sobie radę. Nieustające przygnębienie doprowadzało mnie do depresji. Powoli traciłem siły, ale także jakiekolwiek chęci do dalszego życia. Ciągle zastanawiałem się nad sposobem ukończenia tej męki. Oczywiście nakłonienie Elisy do morderstwa nie wchodziło w grę.
*     *     *
            Snułem się powoli po ulicach romantycznego miasta, jednak czułem się coraz gorzej. Po zmroku jedynym źródłem światła były lampki pobliskich lokali. Przechodziłem akurat obok mojego ulubionego baru, gdzie zawsze spotykałem się z przyjaciółmi. Ledwie usłyszałem charakterystyczny dźwięk otwierających się drzwi knajpy. Odwróciłem się i ujrzałem Elisę, Anastasię, Colina i Vanniego – paczkę, do której należałem. Tak dobrze znałem te beztroskie uśmiechy. Nie do opisania były wewnętrzne tortury, które przeżywałby każdy, widząc bliskie osoby świetnie bawiące się bez niego. Z oczu poleciały mi krwawe łzy i poczułem silne ukłucie w sercu, jakby ktoś z całej siły przebił je ostrzem noża. Zacząłem biec, ile sił w nogach. Potknąłem się kilka razy, póki nie znalazłem się na moście nad Sekwaną. Stanąłem na jego krawędzi, z radością patrząc w płynącą wodę. Rozluźniłem mięśnie, spadałem do niej z niewiarygodną szybkością.
*     *     *
Otworzyłem oczy. Nie miałem ani ran, ani koca. Czułem ciepły dotyk dłoni, a po chwili ujrzałem śpiącą ze zmęczenia Elisę. Pielęgniarka spytała, czy nie jest mi zimno, na szczęście szpitalna pościel znakomicie spełniała swoje zadanie. Do pomieszczenia wszedł David. Jego spojrzenie mówiło samo za siebie, dlatego uśmiechnąłem się na znak, że wszystko ze mną w porządku. Oboje wiedzieliśmy, o co chodzi. Kilka minut później obudziła się Elisa i zatroskana, przyniosła mi coś do jedzenia. Potem opowiedziała, że znaleźli mnie nieprzytomnego na dnie jeziora w piątek wieczorem. Usiadłem na łóżku i uspokoiłem ją, delikatnie przytulając. Zrozumiałem, że kara została odbyta.