Wróciłem do
domu. Nie czułem głodu, ale zjadłem kromkę chleba pozbawioną smaku. Może nawet
była dobra, niestety działały mi tylko trzy zmysły: wzrok, słuch i dotyk.
Dochodziła dopiero 18.00 godz. Zmęczyłem się jednak dzisiejszymi atrakcjami i postanowiłem
położyć się spać.
*
* *
Środa
niesamowicie mi się dłużyła. Niewyspany, obudziłem się o 4.34 rano. Usiłowałem
zamknąć oczy, odpocząć jeszcze chwilę, ale jakaś wyższa siła w jednej chwili
postawiła mnie na nogi. Czułem dziwne podniecenie, jakby coś za chwilę miało
się wydarzyć. Rozejrzałem się dookoła. Nagle w pokoju pojawiły się
krwistoczerwone stwory pokryte ostrymi kolcami. Ciągnąc mnie za sobą, szły po
ulicy, póki nie znalazłem się na Cmentarzu Passy. Krzyczałem do nich, żeby mnie
zostawiły, ale chyba nie słyszały. Podczas gdy dwa pilnowały, abym nie uciekł,
reszta wykopała nagrobek mojego dziadka. Postawiły go parę metrów dalej i
zaczęły drążyć coraz głębszą dziurę w ziemi. W końcu otworzyły starą, drewnianą
trumnę, wyrzuciły częściowo rozłożone ciało, po czym bez delikatności położyły
mnie na jego miejscu. Uwięziony, postanowiłem roztrzaskać trumnę, a kiedy już
mi się to udało – mokra od obfitego deszczu ziemia spadła mi na głowę. Traciłem
tlen. Już nawet nie próbowałem się wydostać. Zrozumiałem, że to gorzki koniec.
*
* *
Pamiętałem
swoją śmierć, a jednak nadal leżałem w łóżku. Popatrzyłem na lewo i prawo –
byłem w wynajmowanej przez siebie kawalerce. Do tego te rany, szary koc.
Zegarek wyświetlał „6:42”. Nie miałem wątpliwości – tym razem to tylko
niesamowicie realistyczny sen. Chciałem zobaczyć Elisę, pogadać z nią i ostrzec
przed tym, co może ją spotkać. Po chwili zastanowienia zerwałem się z łóżka. Z
trudem przypomniałem sobie, gdzie położyłem karteczkę z adresem. Otworzyłem
portfel, wyjąłem pognieciony, bo często używany kawałek papieru, ale nic nie
było na nim napisane. Mocno wytężyłem wzrok. Na
nieszczęście udało mi się zauważyć zaledwie rozmazane bazgroły, dlatego
postanowiłem odnaleźć dom dziewczyny bez karteczki. Jedyne, co pamiętałem, to
nazwę dzielnicy – Gobelins. Zbliżała się pora obiadowa, gdy dotarłem na
właściwą ulicę. Tak mi się przynajmniej wydawało, bo kojarzyłem kilka
charakterystycznych balkonów. Szukanie mieszkania Elisy zajęło mi bardzo dużo
czasu. Co chwilę zatrzymywałem się ze zmęczenia, do tego pokrywający chodniki
piasek i inne przedmioty raniły moje stopy. Do celu dotarłem o 16.00 – wchodząc
do budynku, słyszałem kościelne dzwony.
Zapukałem.
Niczego nie usłyszałem, dlatego zrobiłem to kilka razy. Po jakimś czasie drzwi
mieszkania otworzyły się i Elisa wyszła na korytarz.
- Ach,
dlaczego oni pozwalają dzieciakom na takie irytujące zabawy? – powiedziała,
całkowicie mnie ignorując. Zapukałem jeszcze raz, a ona wyjrzała, by zagrozić
policją. Dałem radę wejść do środka. W było tam kolorowo i przytulnie, jak
zawsze. Od dawna spędzałem tu każdą wolną chwilę, ponieważ nie potrafiłem
urządzić tak swojej ciasnej kawalerki. Odkąd pamiętam, częstowała mnie herbatą,
a ja zawsze prosiłem o truskawkową. Teraz czułem się niewykrywalny, jak zawodowy złodziej.
Tułaczka po mieście okazała się zbędna.
*
* *
Powrót do domu był krótszy, ale dużo cięższy.
Nie mogłem odpędzić od siebie myśli o wizycie u Elisy. Miałem ochotę zwierzyć
się komuś, a szedłem niezauważony, wręcz opuszczony. Czułem się beznadziejnie –
gorzej, niż wyglądałem. Tak łatwo znosiłem narastający ból fizyczny w
porównaniu do niewidocznego ciosu w serce, zadanego nieświadomie przez
najbliższych. Dotarłem do kawalerki po zachodzie słońca, ale nadal nękała mnie
samotność. Zapragnąłem posłuchać muzyki, aby się zrelaksować, niestety nie
dostarczyło mi to przyjemności. Wypiłem też pół buteleczki whisky, z nadzieją,
że poprawi mi humor. Również bez efektu. W postaci ducha życie miało całkowicie
inny kształt – bez wyrazu, szare i z narastającym cierpieniem.