JP 100%: Duch - rozdział 3

Wróciłem do domu. Nie czułem głodu, ale zjadłem kromkę chleba pozbawioną smaku. Może nawet była dobra, niestety działały mi tylko trzy zmysły: wzrok, słuch i dotyk. Dochodziła dopiero 18.00 godz. Zmęczyłem się jednak dzisiejszymi atrakcjami i postanowiłem położyć się spać.
*     *     *
Środa niesamowicie mi się dłużyła. Niewyspany, obudziłem się o 4.34 rano. Usiłowałem zamknąć oczy, odpocząć jeszcze chwilę, ale jakaś wyższa siła w jednej chwili postawiła mnie na nogi. Czułem dziwne podniecenie, jakby coś za chwilę miało się wydarzyć. Rozejrzałem się dookoła. Nagle w pokoju pojawiły się krwistoczerwone stwory pokryte ostrymi kolcami. Ciągnąc mnie za sobą, szły po ulicy, póki nie znalazłem się na Cmentarzu Passy. Krzyczałem do nich, żeby mnie zostawiły, ale chyba nie słyszały. Podczas gdy dwa pilnowały, abym nie uciekł, reszta wykopała nagrobek mojego dziadka. Postawiły go parę metrów dalej i zaczęły drążyć coraz głębszą dziurę w ziemi. W końcu otworzyły starą, drewnianą trumnę, wyrzuciły częściowo rozłożone ciało, po czym bez delikatności położyły mnie na jego miejscu. Uwięziony, postanowiłem roztrzaskać trumnę, a kiedy już mi się to udało – mokra od obfitego deszczu ziemia spadła mi na głowę. Traciłem tlen. Już nawet nie próbowałem się wydostać. Zrozumiałem, że to gorzki koniec.
*     *     *
Pamiętałem swoją śmierć, a jednak nadal leżałem w łóżku. Popatrzyłem na lewo i prawo – byłem w wynajmowanej przez siebie kawalerce. Do tego te rany, szary koc. Zegarek wyświetlał „6:42”. Nie miałem wątpliwości – tym razem to tylko niesamowicie realistyczny sen. Chciałem zobaczyć Elisę, pogadać z nią i ostrzec przed tym, co może ją spotkać. Po chwili zastanowienia zerwałem się z łóżka. Z trudem przypomniałem sobie, gdzie położyłem karteczkę z adresem. Otworzyłem portfel, wyjąłem pognieciony, bo często używany kawałek papieru, ale nic nie było na nim napisane. Mocno wytężyłem wzrok. Na  nieszczęście udało mi się zauważyć zaledwie rozmazane bazgroły, dlatego postanowiłem odnaleźć dom dziewczyny bez karteczki. Jedyne, co pamiętałem, to nazwę dzielnicy – Gobelins. Zbliżała się pora obiadowa, gdy dotarłem na właściwą ulicę. Tak mi się przynajmniej wydawało, bo kojarzyłem kilka charakterystycznych balkonów. Szukanie mieszkania Elisy zajęło mi bardzo dużo czasu. Co chwilę zatrzymywałem się ze zmęczenia, do tego pokrywający chodniki piasek i inne przedmioty raniły moje stopy. Do celu dotarłem o 16.00 – wchodząc do budynku, słyszałem kościelne dzwony.
Zapukałem. Niczego nie usłyszałem, dlatego zrobiłem to kilka razy. Po jakimś czasie drzwi mieszkania otworzyły się i Elisa wyszła na korytarz.
- Ach, dlaczego oni pozwalają dzieciakom na takie irytujące zabawy? – powiedziała, całkowicie mnie ignorując. Zapukałem jeszcze raz, a ona wyjrzała, by zagrozić policją. Dałem radę wejść do środka. W było tam kolorowo i przytulnie, jak zawsze. Od dawna spędzałem tu każdą wolną chwilę, ponieważ nie potrafiłem urządzić tak swojej ciasnej kawalerki. Odkąd pamiętam, częstowała mnie herbatą, a ja zawsze prosiłem o truskawkową. Teraz czułem się niewykrywalny, jak zawodowy złodziej. Tułaczka po mieście okazała się zbędna.
*     *     *
Powrót do domu był krótszy, ale dużo cięższy. Nie mogłem odpędzić od siebie myśli o wizycie u Elisy. Miałem ochotę zwierzyć się komuś, a szedłem niezauważony, wręcz opuszczony. Czułem się beznadziejnie – gorzej, niż wyglądałem. Tak łatwo znosiłem narastający ból fizyczny w porównaniu do niewidocznego ciosu w serce, zadanego nieświadomie przez najbliższych. Dotarłem do kawalerki po zachodzie słońca, ale nadal nękała mnie samotność. Zapragnąłem posłuchać muzyki, aby się zrelaksować, niestety nie dostarczyło mi to przyjemności. Wypiłem też pół buteleczki whisky, z nadzieją, że poprawi mi humor. Również bez efektu. W postaci ducha życie miało całkowicie inny kształt – bez wyrazu, szare i z narastającym cierpieniem.