Dla swoich zawsze jesteś dobry. Cieszą się z twojej wygranej, bo walczysz w ich obronie, masz jakiś dobry cel. Jak nie będzie argumentów, to zawsze pozostaje propaganda. Dobroć zawsze się znajdzie. I tak jest po każdej stronie. Nie usłyszałem o sobie złych słów – całe życie słyszę, że jestem wspaniały, mężny i świetnie dowodzę armią. Ale to nic wielkiego – wskazywać, kto w danej chwili ma umrzeć. Czasami mi wstyd. Na szczęście chwilę potem znowu słyszę okrzyki ludu. Ciekaw jestem, jak na to patrzą oddziały. Mało ważne jest, po jakiej stronie walczą. I pewnie większego znaczenia nie ma też ich broń. Piechota, łucznicy, czy ludzie na koniach – wszyscy służą do tego samego. Mają udowodnić, kto jest lepszy. A tylko nieliczni zobaczą skutki bitew i wojen, w których brali udział. Nieliczni – czyli ci, co przeżyją.
* * *
Zaczęło się przeciętnie. Po raz kolejny zmienialiśmy miejsce obozowiska, chcąc przesunąć linię frontu w stronę wroga. Muszę zaznaczyć, że dowodziłem silną, niemal niezależną armią. Dwa oddziały konno, podobnie z łucznikami. Piechoty było dużo więcej - 8 oddziałów. Oczywiście ta ósemka stała z przodu. Z punktu widzenia dowódcy łatwiej przyjąć stratę wyrwanych ze szkoły chłopców. Cztery tysiące stały za nimi - w końcu łukami posługiwali się tylko doświadczeni, a ujeżdżać konia trzeba się było nauczyć. Nie mieliśmy na to czasu. Po bokach postawiliśmy mocne czołgi. Chyba nie muszę dodawać, kogo umiejscowiłem w najbezpieczniejszym miejscu. Mam nadzieję, że nie muszę, bo znowu mi wstyd. Wygodnie jednak obserwować bitwę, gdy obstawiłem się prywatną, perfekcyjnie wyszkoloną prywatną piechotą. Parędziesiąt metrów stąd wyznaczyliśmy prowizoryczny pas startowy dla myśliwców. Za każdym razem tak robimy, jakby przyszło walczyć.
* * *
Czwartego dnia od rozbicia namiotów, gdy powoli udawało nam się odzyskiwać siły, wartownicy zauważyli błyski w lesie. To prawie 3 kilometry, więc zignorowaliśmy fakt. Na mapie leżała w tamtej okolicy niewielka miejscowość, dlatego prawdopodobnie mieszkańcy urządzali jakiś festiwal. Postanowiliśmy pobyć tutaj dłużej, toteż niektórzy wybrali się na łowienie ryb pobliskiego jeziora. Inni zajmowali się rąbaniem drewna na opał, naprawianiem maszyn i wyrabianiem włóczni na zwierzęta. Następnego dnia planowaliśmy urządzić wielkie polowanie. Piechocie przydałyby się ćwiczenia połączone z rozrywką. W każdym z sektorów rozpalono ognisko, aby nikt nie martwił się bliskością śmierci. Te myśli z pewnością przerażały. Na szczęście nie stwierdzono prób samobójczych.
* * *
Kolejny dzień - już chyba piąty w nowym obozowisku. Dawno straciłem poczucie prawdziwego czasu, dlatego określenia dni tygodnia - zazwyczaj stosowane na co dzień - okazywały się zbędne. Pozostały jeszcze pory roku. Panowała łagodna jesień, więc miałem nadzieję, że przed powitaniem kolejnego roku zdążę wrócić do domu. Ostatnio spędziłem to święto na nadzwyczajnie zwołanych naradach. Dzisiaj natomiast zgodnie z planem świętowaliśmy ogłoszenie polowania. Musiałem jakoś wynagrodzić żołnierzom te wędrówki. I mało brakowało. Akurat, gdy mieli się rozdzialić w poszukiwaniu zdobyczy, zadzwoniły z wież wartowniczych dzwony. Czekał nas atak.