Przechadzam się korytarzem. Moje stopy lekko wgniatają się w
podłużny, ciemnoczerwony dywan, a delikatnymi opuszkami palców muskam gładką
ścianę. Przed sobą prowadzę wózek z butelką wina i kilkoma kieliszkami. Ubrana
w powabny fartuszek, rozkoszuję się atmosferą tego nietuzinkowego, lecz często
odwiedzanego miejsca.
Jest ciemno. Światło dochodzi tutaj w minimalnym stopniu, by
oszczędzić prąd. W pokojach zużywa się go niewiele więcej.
Mijam drzwi z numerem 405. Odwiedzam je dosyć często, jednak
tym razem nie są moim celem. Mimo to zza nich dochodzą namiętne pomruki,
świetnie wpasowane w refren „Symetryczno-lirycznej”.