Z wrogiego megafonu usłyszałem: "Róbcie to, co uważacie za słuszne. Wasze życie zależy od was." Załamane czarne oddziały nagle stanęły na nogi. A w najsłabszym z nim - składającym się w 70% z chłopców poniżej 16 roku życia - zaczęły się burzowe dyskusje i usłyszałem okrzyki młodzieży. Jestem tego pewien - mówili: "Pokażmy, że coś znaczymy! Idźmy walczyć! Wybawmy ojczyznę!". Parsknąłem śmiechem. Wiedziałem coś. Atakowana piechota musiała stać w miejscu. Nie do końca potrafię wytłumaczyć, ale przeciwnik miał bardzo mało miejsca. Jeżeli zrobiłoby się go więcej, myśliwce otrzymałyby wolną drogę do mojej nieosłanianej setki. Złapałem za megafon. Nie mogłem pozwolić, aby wdarli się na tyły. "Piechota E, stać w miejscu. Nie wolno wam zrobić niczego głupiego, bo wróg osiągnie przewagę!" Z zadowoleniem nie zauważyłem żadnych ruchów. A oddział najsłabszej czarnej piechoty zbliżał się z zatrważającą szybkością. Ktoś z naszych zaczął krzyczeć: "Nie będziemy stać i bezczynnie przyglądać się swojej śmierci!" Po tych słowach żołnierze z drużyny E złapali za broń i zaczęli zabijać piechurów czarnego oddziału. Tamci stali nieruchomo, twardo patrząc w oczy egzekutorom. Większości leciały z oczu ciepłe łzy, a niektórzy uśmiechali się nieśmiało. "Dlaczego sądzisz, że możesz wydawać na nas wyrok? Dlaczego jesteś tak naiwny, myśląc, że oddamy swoje życie za twoje?!" - krzyczał inny, siekając kolejnego, bezbronnego chłopca.
* * *
Nie spodziewałem się takiego obrotu wydarzeń. Najpierw pomyślałem: "zdrajcy". Ale nie w tym rzecz. Naprawdę byłem naiwny. Uważałem swoich żołnierzy za potulne owieczki, które uwielbiają się poświęcać. A oni tylko chcieli przeżyć wojnę. Zabijali teraz setki ludzi nie dlatego, żeby udowodnić siłę swojej armii. Oni ratowali swoje życie, a ja nadal traktowałem ich jak bezmyślne, drewniane pionki, które nawet, jak zostają zbite - stoją grzecznie obok szachownicy, gotowe do kolejnej gry. Piechurzy oddziału E nie byli zdrajcami. Mieli po prostu inny system wartości od mojego. System, w którym "moje życie" jest wyżej niż "życie dowódcy". A może to tylko i wyłącznie moja wina? Może gdybym był lepszym przywódcą, zależałoby im na mnie. Tak jak tamtym pozornie niedojrzałym chłopcom. Ale oni mieli więcej oleju w głowie ode mnie. Ja potrafiłem tylko kierować armią, by mnie osłaniała od śmierci.
* * *
W tamtym momencie wystartowały myśliwce. Zgodnie z moimi przewidywaniami, przeciwnik szukał okazji, żeby zaatakować, sparaliżować mój prywatny oddział w mgnieniu oka. Siły powietrzne, atakując mnie, zlikwidowały przy okazji resztę białych czołgów. "Pomóżcie! Tuż nad wami w powietrzu wiszą myśliwce, możecie je unieszkodliwić!" - krzyczałem rozpaczliwie resztkami sił. Oni stali przyglądając się z ciekawością. Czekali na rozkaz. Ktoś zacytował moje słowa sprzed walki: "I pamiętajcie, pod żadnym pozorem się nie wycofywać. Nieważne, kto by miał zginąć. Nie jesteśmy tchórzami!" Mój oddzialik nieznacznie atakował czołg, ale po chwili zaczęliśmy uciekać od łuczników, którzy moment wcześniej bronili swojego dowódcy. Do akcji wkroczyły jeszcze czołgi. Parę sekund potem spostrzegłem spadającą na siebie z myśliwca bombę.
* * *
Tak mnie wciągnęła ta żywa gra w szachy, że całkiem zapomniałem o zasadach. "Jesteś Królem. Dowodzisz armią. Możesz wykonywać wiele ruchów, ale musisz sprawić, aby doprowadziły Cię do zwycięstwa. Nikt nie jest doskonały. Wygrywa ten, kogo błędy będą miały mniejszą wagę." A mój był ogromny. Pragnąłem zostać Królem w prawdziwym życiu. Takim Królem, którego pionki nie będą mogły wrócić na szachownicę. Marzenia się spełniły. I dostałem mata.